Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 10
José jednak nalegał, głuchy na roztropne przestrogi, ale i chłop stawiał zacięty opór. Kres dyspucie położyli dopiero woźnice, którzy zbliżali się spokojnie z tamtej strony. Niebezpieczeństwo nie było widocznie wielkie, skoro szli przy wozie z budą tak beztrosko, śpiewając wesoło. Tak też i było. Twierdzili, że strzały zostały oddane nie przez bandytów, ale przez policjantów, pragnących w ten sposób „podciąć skrzydła" kilku „ptaszkom", których zakutych w kajdanki prowadzili do więzienia w mieście.
— Już ja tam dobrze wiem, co to było — powiedział Licurgo, wskazując na lekki obłoczek, który można było zauważyć z pewnej odległości na prawo od drogi. — To tam ich zamordowali. W takich wypadkach różnie bywa, raz się uda, a raz nie.
Don José nie zrozumiał.
— Zapewniam pana, don José — dodał energicznie lacedemoński prawodawca — że stało się bardzo dobrze, jak się stało. Wytaczanie procesu tym bandytom nie ma żadnego sensu. Sędzia poczyni im trochę wstrętów, a potem puszcza ich wolno. Jeśli po sześcioletnim procesie wsadzają w końcu któregoś z nich do ciupy, to ni stąd ni zowąd ucieka, albo też ułaskawiają go i wraca do Estancia de los Caballeros. Najlepiej więc — paf! i zgadnij, kto to zrobił. Prowadzi się ich do więzienia, a na drodze, w jakimś odpowiednim miejscu: „Ach, ty psie, chcesz uciec!!! — paf! paf! Za jednym zamachem wystawia się akt oskarżenia, przesłuchuje świadków, dokonuje wizji lokalnej i wydaje wyrok... Wszystko w jednej chwili. Mają rację ludzie mówiąc, że jeśli lis dużo wie, to jeszcze więcej wie ten, kto go złapał.
— A więc ruszajmy i przyśpieszmy kroku, gdyż im dłużej trwa ta nasza podróż, tym mniej przyjemną się staje.
Przejeżdżając w pobliżu las Delicias zauważyli niedaleko gościńca policjantów, którzy przed paru minutami wykonali dziwny wyrok, znany już czytelnikowi. Parobek bardzo zmartwił się tym, że nie pozwolono mu przypatrzyć się z bliska drgającym jeszcze trupom bandytów, które, zwalone na straszliwy stos, już z oddali można było zauważyć. Ruszyli dalej.
Nie ujechali nawet dwudziestu kroków, gdy usłyszeli za sobą tętent konia, galopującego za nimi tak szybko, że wnet zbliżył się