Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 13
— Tak — powiedział z ożywieniem, uśmiechając się Pepe Rey. — Słyszałem w Madrycie, że władze obawiają się, aby w tych okolicach nie doszło znowu do zamieszek... Lepiej więc im zapobiec.
— W Madrycie gadają same głupstwa — gwałtownie oświadczył centaur, dodając do tego twierdzenia długi szereg takich słówek, że uszy od nich więdły. — W Madrycie panuje łobuzeria... Po co przysyłają do nas żołnierzy? Aby ściągnąć z nas jeszcze więcej kontrybucji i parę dalszych roczników rekruta? Ach, do... Jeśli nie ma u nas jeszcze rozruchów, to powinny wybuchnąć. A pan — dodał zaczepnie, patrząc drwiąco na don Joségo — a pan jest bratankiem donii Perfecty?
Arogancki ton i bezczelny, zawadiacki wzrok rozgniewały młodego człowieka:
— Tak, mój panie. Czy ma pan coś do mnie?
— Jestem przyjacielem pańskiej ciotki. Jest mi droga jak rodzona matka — powiedział Caballuco. — Ponieważ jedzie pan do Orbajosy, zobaczymy się tam.
Nic więcej nie powiedziawszy spiął swego rumaka ostrogą i oddalając się gwałtownie, zniknął w chmurze pyłu.
Po półgodzinnej podróży, podczas której ani don José, ani senior Licurgo nie byli zbyt rozmowni, ukazała się ich oczom, położona na pagórku, gęsto zabudowana, stara osada. Wśród domostw wyróżniały się czarne wieże oraz — nieco wyżej — rozpadające się już w gruzy mury zniszczonego zamku. Podstawę obrazu miasta tworzyło bezkształtne zbiorowisko szarych lepianek, krzywych ścian, pokrytych kurzem podobnie jak ziemia, oraz niezliczone resztki murów obronnych. Pod ich osłoną setki nędznych chałup wznosiły swe brzydkie, ceglane frontony, podobne do anemicznych i wygłodzonych twarzy, proszących przechodnia o jałmużnę. Nędzna rzeczułka otaczała miasto, niby blaszany pas. Zwilżała po drodze parę ogrodów, jedyną intensywną zieleń, cieszącą wzrok.