Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 14
Piesi i konni wchodzili i wychodzili z miasta. Ten ruch uliczny, acz skąpy, nadawał wielkiemu osiedlu pozory życia. Jednak oblicze architektoniczne Orbajosy więcej miało wspólnego z ruinami i śmiercią niż z dobrobytem i życiem. Przykry widok przedstawiali obrzydliwi żebracy, włóczący się po obu stronach drogi, domagając się jałmużny od przechodniów. Robili wrażenie robactwa w szczelinach grobowca, w którym miasto było nie tylko pogrzebane, ale też i rozkładało się.
Gdy nasi podróżni zbliżyli się do miasta, rozległo się bezładne bicie w dzwony świadcząc, że ta mumia miała jeszcze swoją duszę.
Nazywało się to miasto Orbajosa. Nie geografia chaldejska czy koptyjska, ale geografia Hiszpanii wymienia je jako posiadające 7324 mieszkańców, ratusz, siedzibę biskupią, sąd, seminarium, stadninę zarodową, gimnazjum i inne urzędowe przywileje.
— Dzwonią na sumę w katedrze — powiedział wujek Licurgo. — Przyjechaliśmy wcześniej, niż myślałem.
— Gdy patrzę na pańskie rodzinne miasto — powiedział don José, obserwując uważnie rozpościerającą się przed nim panoramę — trudno mi wyobrazić sobie coś bardziej nieprzyjemnego. Historyczne miasto Orbajosa, którego nazwa jest bez wątpienia przekręconą nazwą łacińską Urbs augusta , przypomina wielką kupę gnoju.
— To dlatego, że stąd widać jedynie przedmieścia — stwierdził z niezadowoleniem przewodnik. — Gdy wjedzie pan na ulicę Real albo del Condestable, zobaczy pan budynki tak piękne jak nasza katedra.
— Nie chcę mówić źle o Orbajosie, zanim jej nie poznam — oświadczył caballero. — To, co powiedziałem, wcale nie miało wyrażać mojej pogardy. Bez względu na to, czy jest nędzne i skromne, czy też piękne i wspaniałe, miasto to zawsze będzie