Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 15
dla mnie drogie, nie tylko dlatego, że jest miastem mojej matki, ale również dlatego, że żyją tu osoby, które kocham, choć ich nie znam. Wjedźmy więc do tego „boskiego miasta".
Jadąc główną szosą zbliżyli się już do pierwszych ulic. Ocierali się o mury ogrodów.
— Widzi pan ten duży dom tam w głębi wielkiego ogrodu, za murem? — powiedział wujek Licurgo wskazując olbrzymią bieloną ścianę jedynego domu mieszkalnego, w którym żyło się — sądząc z jego wyglądu — wygodnie i przyjemnie.
— Aha. To dom mojej ciotki?
— Tak jest. Widzimy teraz jego tylną ścianę. Front wychodzi na ulicę del Condestable i posiada pięć balkonów z żelaza, podobnych do pięciu zamków. Ten piękny ogród za murem również należy do donii Perfecty, a jeśli uniesie się pan w strzemionach, zobaczy go pan stąd w całości.
— Jesteśmy więc już w domu — powiedział caballero. — Nie można tędy wjechać?
— Jest tu furtka, ale pani kazała ją zamurować.
Don José uniósł się w strzemionach i wyciągając szyję spojrzał przez mur ogrodu.
— Widzę cały ogród — powiedział. — Tam, pod drzewami stoi jakaś kobieta, jakaś dziewczynka... panienka...
— To seniorita Rosario — odpowiedział Licurgo i również stanął w strzemionach, aby popatrzeć.
— Hej, hej, seniorito Rosario! — krzyknął dając znaki ręką. — Już jesteśmy!... Przyprowadzam kuzyna panienki!
— Zauważyła nas — powiedział don José wyciągając szyję. — Ale jeśli mnie wzrok nie myli, jest przy niej jakaś duchowna osoba... Jakiś ksiądz.
— To ksiądz spowiednik — odpowiedział spokojnie chłop.
— Kuzynka zobaczyła nas... Zostawiła księdza samego i biegnie w stronę domu... Bardzo miła...
— Jak słonko.
— Zaczerwieniła się jak wiśnia. Prędzej, prędzej senior Licurgo.