Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 2
Zaraz jednak podszedł do naszego caballera drugi kolejarz, z latarnią uwieszoną u prawej ręki. Lampa poruszała się w rytm kroków, rzucając snopy światła. Padało ono na peron tworząc zygzak podobny do śladu wody wylewanej z polewaczki na ziemię.
— Czy przy stacji w Wlahorrendzie nie ma jakiegoś zajazdu albo też pokoi noclegowych? — spytał podróżny człowieka z latarnią.
— Niczego tu nie ma — sucho odpowiedział zapytany, biegnąc do ładujących. Tak ich obrzucał wyzwiskami i przekleństwami, tak łajał, że nawet kury, oburzone jego ordynarną brutalnością, odezwały się znów ze swoich koszów.
— Najlepiej chyba będzie, jak sobie stąd pójdę — mruknął caballero pod nosem. — Konduktor mówił mi coś o koniach.
W tej samej chwili poczuł, że ktoś delikatnie i z szacunkiem pociąga go za płaszcz. Odwrócił się i zobaczył przed sobą ciemną bryłę odzianą w szare sukno, jakąś nieforemną postać, przypominającą czarną topolę wśród krzewów. Zauważył chytrą, pomarszczoną twarz kastylijskiego chłopa o mądrych oczach, błyszczących pod szerokimi skrzydłami wytartego kapelusza z aksamitu. W ciemnej, silnej dłoni nieznajomy trzymał zielony kij, a gdy się poruszał, u jego dużych butów brzęczały żelazne ostrogi.
— Czy to pan jest don José de Rey? — zapytał podnosząc rękę do kapelusza.
— Tak, to ja. A pan jest pewnie służącym donii Perfecty i przybył, aby mnie zaprowadzić do Orbajosy — odpowiedział caballero z radością.
— Tak. Jestem do pańskich usług... Klacz szybka jak wiatr, a zdaje mi się, że jest pan, don José, dobrym jeźdźcem. Przecież ma pan to we krwi...