Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 22
ROZDZIAŁ IV
PRZYBYCIE KUZYNA
 
Gdy Rosario tak nagle uciekła, ksiądz spowiednik spojrzał w stronę murów i dostrzegając głowę Licurga oraz jego towarzysza podróży powiedział do siebie:
— Chodźmy, nadzwyczajny człowiek już przybył.
Chwilę myślał o czymś, podtrzymując płaszcz skrzyżowanymi na brzuchu rękami. Wzrok utkwił w ziemię, a złote okulary ześlizgiwały się powoli na koniec nosa. Wydatną dolną wargę wysunął jeszcze bardziej, zmarszczył szpakowate nieco brwi. Był to mąż pobożny i świątobliwy, odznaczał się nieprzeciętną wiedzą
i nieskalanymi obyczajami ludzi stanu duchownego. Nieco po sześćdziesiątce, przyjemny w obejściu, delikatny i umiarkowany, zawsze gotów do rad i przestróg tak dla kobiet, jak i dla mężczyzn. Od wielu lat wykładał w gimnazjum łacinę i retorykę. Szlachetne to zajęcie dostarczyło mu sporego zapasu kwiecistych cytatów z Horacego. Używał ich trafnie i z gracją. Niczego więcej nie trzeba dodawać co do jego osoby, chyba tylko to, że gdy usłyszał trucht koni zbliżających się ulicą del Condestable, poprawił na sobie płaszcz i kapelusz, który niepewnie siedział na godnej szacunku głowie. Idąc w stronę domu mruczał:
— Chodźmy, poznajmy tego nadzwyczajnego człowieka. Tymczasem Pepe zeskakiwał z klaczy. Już w portalu przyjęła
go w swe kochające ramiona donia Perfecta z twarzą zroszoną łzami. Nie mogła wymówić nic prócz krótkich i niezrozumiałych słów, będących szczerym wyrazem jej czułości:
— Pepe... ale wyrosłeś!... Zapuściłeś brodę... Wydaje mi się, że to jeszcze wczoraj trzymałam cię na kolanach... Jesteś już mężczyzną, zupełnym mężczyzną... Jak ten czas ucieka! Mój Boże! Poznaj moją córkę, Rosario.
Mówiąc to zaprowadziła go do niskiego pokoju, w którym zwykle przyjmowano gości, gdzie przedstawiła mu swoją córkę.
Rosario była delikatną i słabowitą panienką, skłonną do tego, co Portugalczycy nazywają saudades . W jej delikatnej i jasnej twarzy można było zauważyć perłową przejrzystość, którą większość poetów przypisuje swoim bohaterkom. Wydaje się, że bez tego sentymentalnego poloru żadna Henrietta i żadna Julia nie byłyby interesujące. Rosario miała w sobie tyle słodyczy i skromności, że patrząc na nią nie dostrzegało się braku pewnych zalet. Nie znaczy to, że była brzydką. Z drugiej jednak strony można by posądzić o przesadę tego, kto nazwałby ją piękną, nadając temu słowu właściwe znaczenie. Prawdziwa piękność córki donii Perfecty polegała na posiadaniu tego, co można by określić jako przezroczystość — rezygnując z porównań do macicy perłowej, alabastru, kości słoniowej i innych materiałów używanych w opisach ludzkiej fizjonomii. Była to — powtarzam — przezroczystość, przez którą widać było głębię jej duszy. Głębię nie jaskiniową i nie morską, ale — jasnej i spokojnej rzeki. Do tego jednak, aby osobowość jej nabrała pełni, potrzeba jej było odpowiedniej materii, brak jej było łożyska, brak odpowiednich brzegów. Jej bowiem duchowe bogactwo nie mieściło się w zakreślonych granicach, grożąc pożarciem ciasnych brzegów.
Pozdrowiona przez kuzyna oblała się szkarłatem i wymówiła jedynie parę nieporadnych słów.