Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 24
wielu Anglików, by ją zobaczyć. Nie otwieraj obu okien na raz, gdyż przeciągi są u nas bardzo przykre.
— Droga kuzynko — powiedział Pepe czując, jak jego duszę przenika niewymowne zadowolenie. — We wszystkim, co znajduje się przede mną, widzę rękę anioła. To na pewno twoja ręka. Cóż to za piękny pokój! Wydaje mi się, że całe życie w nim spędziłem. Zaprasza wprost do odpoczynku.
Rosario-nie odpowiedziała nic na te czułe słowa i wyszła uśmiechając się.
— Nie marudź — powiedziała już od drzwi. — Pokój jadalny również znajduje się na parterze. Środkowe drzwi z tarasu...
Wszedł wujek Licurgo z bagażem. Pepe wynagrodził go z hojnością, do jakiej chłop nie był przyzwyczajony. Pokornie podziękował i podniósł rękę do głowy, jak człowiek, który ani nie zdejmuje, ani nie wkłada kapelusza. Z zakłopotaniem, przeżuwając słowa jak ktoś, kto nie rezygnuje z powiedzenia pewnych rzeczy, ale też ich nie mówi, wyraził się wreszcie w ten sposób:
— Senior don José... kiedy będzie można porozmawiać? O pewnej sprawie...
— O sprawie? Choćby zaraz — odpowiedział Pepe, otwierając kufer.
— Teraz nie jest właściwa pora, senior don José, mamy czas — powiedział chłop. — Niech pan wypocznie. Dni jest więcej niż kiełbas, jak to ktoś powiedział. Dzień nadchodzi po dniu... Niech pan wypocznie... Jeśli zechce pan przejechać się... Klacz nie jest zła...
A więc, do widzenia, senior don José. Niech nam pan żyje tysiąc lat... Ach, byłbym zapomniał — dodał wracając po chwili nieobecności. — Jeśli ma pan coś do sędziego miejskiego... Właśnie idę do niego w naszej sprawie...
— Proszę go pozdrowić ode mnie — powiedział żartobliwie, nie znajdując w głowie nic lepszego, aby pozbyć się spartańskiego prawodawcy.
— A więc z Bogiem, senior don José.
— Czołem!
Inżynier nie wyciągnął jeszcze swej bielizny, gdy po raz trzeci przez drzwi zajrzały znowu roztropne oczka i szelmowskie oblicze wujka Licurga.
— Proszę go ode mnie pozdrowić — powiedział żartobliwie, bez udanego śmiechu swych bielutkich zębów — ale chciałbym powiedzieć, że jeśli pan sobie życzy, aby cała sprawa załatwiona została polubownie... Jak to ktoś powiedział: przedstaw swoje na naradzie, wtedy jedni powiedzą, że jest białe, inni, że czarne...
— Człowieku, czy pójdzie pan sobie stąd?
— Mówię o tym, bo nie cierpię procesów. Nie chcę mieć nic wspólnego z sądami. Wolę już co łaska. A więc z Bogiem, senior don José. Niech Pan Bóg da panu długie życie dla dobra biednych ludzi...
— Z Bogiem, człowieku, z Bogiem.
Pepe przekręcił klucz w drzwiach i powiedział do siebie:
— Tutejsi ludzie są, zdaje się, wielkimi pieniaczami.