Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 25
ROZDZIAŁ V
CZY ZAPOWIEDŹ NIEZGODY?
 
Wkrótce potem Pepe zjawił się w jadalni.
— Jeśli zjesz za dużo na śniadanie, stracisz apetyt do obiadu — powiedziała donia Perfecta czułym głosem. — Obiad jadamy o pierwszej. Może wiejskie zwyczaje nie będą ci odpowiadały?
— Ależ, ciociu, jestem nimi zachwycony.
— Mów więc, co wolisz: najeść się teraz do syta czy też tylko przekąsić coś niecoś, aby wytrzymać do obiadu?
— Wolę coś lekkiego teraz, aby mieć przyjemność zjedzenia razem z wami obiadu. Gdybym nawet dostał coś w Villahorren-dzie, i tak nie jadłbym nic o tej porze.
— Nie potrzebuję ci chyba mówić, że powinieneś być wobec nas całkowicie szczery. Zachowuj się tak, jakbyś był u siebie w domu.
— Dziękuję, ciociu.
— Ależ jesteś podobny do ojca! — zauważyła podczas śniadania seniora, z prawdziwym zachwytem podziwiając młodego człowieka. — Zdaje mi się, że patrzę na mojego kochanego brata Juana. Siedział zawsze tak jak ty i jadł podobnie. Zwłaszcza w sposobie patrzenia podobni jesteście do siebie jak dwie krople wody.
Pepe jadł skromne śniadanie. Sposób zwracania się do niego, wzrok i zachowanie się ciotki jak i kuzynki napełniały go takim zaufaniem, że czuł się już jak u siebie w domu.
— Zgadnij, co mi dziś rano powiedziała Rosario — rzekła donia Perfecta, mając wzrok utkwiony w twarzy bratanka. — Powiedziała mi, że ponieważ jesteś przyzwyczajony do stołecznej świetności i etykiety oraz do zagranicznej mody, nie będziesz mógł znieść tej nieco wiejskiej prostoty, w jakiej żyjemy, i tego braku dobrego tonu, gdyż tu u nas wszystko rąbie się prosto z mostu.
— Jakże się mylicie! — odpowiedział Pepe patrząc na swą kuzynkę. — Nikt, tak jak ja, nie czuje wstrętu do fałszu i komedii tak zwanej elity społecznej. Wierzcie mi, że już od jakiegoś czasu miałem zamiar urządzić sobie — jak to już ktoś określił — kąpiel w wannie natury. Chciałbym żyć daleko od zgiełku, w samotności i w wiejskiej ciszy. Tęsknię za spokojem życia bez walk, bez wysiłków, bez zazdrości i wywoływania zazdrości, jak powiedział poeta. Moje studia, potem zaś moje zajęcia, długo nie pozwoliły mi zaznać odpoczynku, którego potrzebuję i którego domaga się tak moja dusza, jak i ciało. Gdy wszedłem do tego domu, droga ciociu, droga kuzynko, odniosłem wrażenie, że jestem otoczony tą właśnie atmosferą spokoju, którego pragnę. Nie mówcie mi więc o eleganckim, czy też nieeleganckim towarzystwie, o wielkim lub małym świecie, gdyż chętnie zamienię wszystko na to zacisze.
Kiedy to mówił, na szybach drzwi prowadzących z jadalnego do ogrodu pojawił się długi i czarny cień. Rażone światłem słońca szkła okularów rzuciły przelotny błysk. Szczęknęła klamka, rozwarły się drzwi i do pokoju wszedł z powagą ksiądz spowiednik.