Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 28
tości panującej w każdym kąciku tego mieszkania zachowały jeszcze swój pierwotny rysunek. Zegar w skrzynce, gdzie beż osłony wisiały pozornie nieruchome ciężarki i kołyszące się wahadło, mówił bez przerwy n i e. Zajmował on, dzięki swojemu pstre mu cyferblatowi, główne miejsce wśród solidnych mebli jadalni Ściany pokoju ozdobione były ponadto serią francuskich miedziorytów, przedstawiających wojenne czyny zdobywcy Meksyku, z obfitymi objaśnieniami pod spodem, mówiącymi o jakimś Ferdynandzie Cortezie i o jakiejś Donna Marinę. Podpisy były tak sarno nieprawdopodobne, jak i postacie wyrysowane przez artystę z nieprawdziwego zdarzenia. Między dwojgiem, wychodzących na ogród, oszklonych drzwi znajdował się blaszany przyrząd, którego, nie trzeba opisywać, jeśli się powie, że służył za locum dla papugi. Siedziała tam z właściwą tym ptakom powagą oraz godnością i obserwowała wszystko dookoła. Twarda i nieprzystępna fizjonomią papug, ich zielony przyodziewek, czerwona czapka, żółte buty i wymawiane przez nie chrapliwie łobuzerskie słówka nadają im dziwaczny, ni to poważny, ni to śmieszny wygląd. Mają w sobie coś z trudnej do określenia, sztywnej powierzchowności dyplomatów. Czasami wydają się błazeńskie, a zawsze przypominają pewne nadęte persony, chcące uchodzić; za coś lepszego i popadające przez to w śmieszność.
Spowiednik był wielkim przyjacielem ptaka. Widząc panią domu i Rosario zajęte rozmową z przybyłym, podszedł do papugi i
  przyzwalając z zadowoleniem na dziobanie go we wskazujący palec, powiedział:
— Ach ty łobuzie, łajdaczko, dlaczego nic nie mówisz? Niewiele byłabyś warta, gdyby nie twoja gadatliwość. Cały świat pełny jest gadułów, tak wśród ludzi, jak i wśród ptaków. Potem swoją zacną ręką wziął z pobliskiej miseczki parę ziarn cieciorki, by nakarmić papugę. Ptak jednak zaczął wołać na służącą, domagając się czekolady. Jego słowa przerwały obu damom i don Josému rozmowę, która widocznie nie była zbyt ważna.