Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 29
ROZDZIAŁ VI
NIEPOROZUMIENIE MOŻE POWSTAĆ W CHWILI, GDY SIĘ TEGO NAJMNIEJ OCZEKUJE.
 
Niespodziewanie zjawił się don Cayetano Polentinos, szwagier donii Perfecty. Wszedł z otwartymi ramionami wołając:
— Chodźże, drogi senior don José!
Uściskali się serdecznie. Don Cayetano i Pepe znali się, ponieważ wybitny erudyta i bibliofil miał zwyczaj robić wypady do Madrytu, gdy tylko zapowiedziano licytację biblioteki jakiegoś zbieracza książek. Don Cayetano był człowiekiem wysokim i chudym, w średnim wieku, chociaż wyglądał starzej wskutek stałego studiowania oraz różnych dolegliwości. Wyrażał się z wyszukaną poprawnością, co bardzo do niego pasowało. Był delikatny i uprzejmy, czasami aż do przesady. Ze względu na jego wielką wiedzę można by powiedzieć, że był wyjątkowym człowiekiem. W Madrycie nazwisko jego wymawiano z szacunkiem i jeśliby don Cayetano mieszkał w stolicy, nie uniknąłby należenia — mimo swej skromności — do wszystkich istniejących i mających powstać akademii. On jednak zasmakował w spokojnej samotności, a miejsce próżności w jego sercu zajmowała namiętność bibliofilska i zamiłowanie do samotniczych studniów. Nie znał innych celów ostatecznych i atrakcji prócz swoich książek i samej nauki.
U siebie w Orbajosie stworzył jedną z najbogatszych bibliotek, jakie można znaleźć na terytorium Hiszpanii, i spędzał w niej długie godziny dnia i nocy zbierając materiały, klasyfikując je, robiąc nadzwyczaj cenne notatki względnie mozoląc się nad jakąś niesłychaną pracą, o której dotychczas nikomu się nie śniło. a która była godna jedynie tak wielkiego umysłu. Zwyczaje jego były patriarchalne — jadł mało, jeszcze mniej pił, a jedyne jego dziwactwa polegały na urządzaniu sobie „od wielkiego dzwonu" podwieczorku w los Alamillos oraz na odbywaniu codziennego spaceru do miejscowości zwanej Mundogrande, gdzie często wydobywano z pyłu dwudziestu stuleci rzymskie medale i kawałki architrawów, dziwne płyty podstawowe kolumn w nieznanym stylu architektonicznym, jakąś amforę lub cubicularia o nieokreślonej wartości.
Don Cayetano i donia Perfecta żyli w takiej harmonii, że nie dorównywał jej nawet rajski pokój. Nigdy się nie kłócili. To prawda, że on nie wtrąciłby się za nic w świecie do spraw domu, a ona — do spraw biblioteki, tyle tylko, że co sobotę wydawała polecenie posprzątania w niej, przy czym z wielkim szacunkiem i religijnym podziwem traktowano książki i papiery, które znajdowały się „pod ręką": na stole i gdzie indziej.
Po zdawkowych pytaniach i odpowiedziach, jakie towarzyszą zwykle takiemu spotkaniu, don Cayetano rzekł:
— Widziałem już paczkę. Bardzo mnie martwi, że nie przywiozłeś wydania z roku 1527. Będę musiał sam pojechać do Madrytu... Zatrzymasz się tu dłużej? Im dłużej, tym lepiej, drogi Pepe. Jakże się cieszę, widząc cię tutaj! We dwójkę uporządkujemy część mojej biblioteki i zrobimy spis autorów piszących o ginecie. Nie zawsze ma się pod ręką tak utalentowanego człowieka... Zobaczysz moją bibliotekę... Będziesz mógł oddać się w niej przyjemnej lekturze... Znajdziesz wszystko, czego tylko zapragniesz. Cuda zobaczysz, prawdziwe cuda, nieocenione skarby, rzadkie egzemplarze, które tylko ja posiadam, tylko ja... Ale ostatecznie zdaje mi się, że czas już zasiąść do obiadu. Nieprawda, don José? Nieprawda, Perfecta? Nieprawda, Rosarito? Nieprawda, don Inocencjo? Dziś ksiądz jest podwójnie spowiednikiem: mówię