Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 3
— Gdzie tu wyjście? — zapytał zniecierpliwiony podróżny. — Chodźmy, chodźmy stąd... Jak się pan nazywa?
— Jestem Pedro Lucas — odpowiedział człowiek odziany w szare sukno, podnosząc znów rękę do kapelusza — nazywają mnie jednak wujkiem Licurgiem. A gdzie pański bagaż?
— O, tam pod zegarem. Trzy pakunki. Dwie walizki i paka książek dla don Cayetana. Proszę, tu jest kwit.
W chwilę potem pan i sługa znajdowali się już za barakiem, zwanym stacją kolejową, na drodze ginącej między pobliskimi, gołymi wzgórzami, wśród których można było zauważyć kontury nędznych zabudowań osady Villahorrenda. Trzy konie czekały na ludzi i bagaże. Piękna klacz przeznaczona była dla caballera. Wujek Licurgo dosiadł godnej jeszcze zaufania chabety, a bagaże miał dźwigać niespokojny muł, którego młody parobek trzymał za uzdę.
Zanim karawana ruszyła w drogę, pociąg odjechał leniwie, zachowując wciąż stateczną powagę pociągu osobowo-towarowego. Jego turkot, odbijając się coraz to dalszym echem, wywoływał głuche, podziemne odgłosy. Wjeżdżając do tunelu na sto siedemdziesiątym drugim kilometrze lokomotywa wypuściła parę i przejmujący świst rozległ się w powietrzu. Tunel, wyrzucając z czarnej paszczy białawy obłoczek, głośno hałasował. Odgłosy te budziły ze snu wsie, miasta, miasteczka, prowincje. Piały koguty. Zaczynało świtać.