Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 36
— Nie znaczy to, abym potępiał archeologię — powiedział żywo bratanek donii Perfecty, spostrzegając z żalem, że każde jego słowo musi kogoś urazić. — Zdaję sobie sprawę z tego, że z pyłu wychodzi historia. Studia archeologiczne są moim zdaniem bardzo cenne i pożyteczne.
— Pan — zauważył spowiednik, dłubiąc wykałaczką w ostatnim zębie trzonowym — ma więcej skłonności do studiów opartych na uznawaniu za prawdę dwu zdań nawzajem sprzecznych. Przychodzi mi właśnie na myśl, że powinien pan zostać, don José, adwokatem.
— Czuję wstręt do tego zawodu — odpowiedział Pepe Rey. — Znam bardzo wartościowych i godnych szacunku adwokatów, znajduje się wśród nich również mój ojciec, najlepszy w świecie człowiek. Ale chociaż mam tak dobry przykład, nigdy nie zdecydowałbym się na wykonywanie zawodu, który polega na tym, że równie dobrze można występować za, jak i przeciw w tej samej sprawie. Największym błędem, zaślepieniem i tępotą umysłu, jakie znam, są wysiłki rodziców zmierzające do nakłonienia większości młodych do adwokatury. Główną i najstraszliwszą plagą Hiszpanii jest tłum młodych prawników, którzy dla swej egzystencji potrzebują bajecznej ilości procesów. Mnożą się one w miarę zapotrzebowania. Ale nawet i w takim wypadku wielu pozostaje bez pracy. A ponieważ pan prawnik nie umie iść za pługiem ani też usiąść przy warsztacie tkackim, powstaje w ten sposób wspaniały hufiec próżniaków z pretensjami, którzy hołdują manii stanowisk, wprowadzają zamieszanie do polityki, burzą opinię publiczną i tworzą rewolucje. Z czegoś przecież muszą żyć. Ale jeszcze większym nieszczęściem byłoby, jeśliby wystarczyło spraw sądowych dla nich wszystkich.
— Pepe, na Boga, co ty wygadujesz? — powiedziała donia Perfecta wyraźnie surowym tonem. — Proszę mu wybaczyć, księże don Inocencio... Nie wie o tym, że ksiądz ma kuzyna, który chociaż dopiero niedawno temu ukończył uniwersytet, jest już wzorem adwokata.
— Mówię ogólnie — oświadczył stanowczo Pepe. — Jako syn sławnego adwokata muszę przyznać, że niektórzy wykonują ten szlachetny zawód bardzo chwalebnie.
— No nie... Przecież mój kuzynek to jeszcze dziecko — powiedział kanonik z udaną pokorą. — Wcale nie mam zamiaru twierdzić, że jest on takim luminarzem wiedzy, jak senior de Rey. Z czasem, kto wie... Jego uzdolnienia nie są błyskotliwe ani imponujące. Poglądy Jacintita są prawdopodobnie całkiem' zwyczajne, lecz jego sądy — zdrowe. Jeśli coś wie, to wie na mur. Nie zna igraszek sofizmatami czy też pustymi słówkami...
Pepe Rey był coraz bardziej zaniepokojony. Myśl o tym, że mimo woli znalazł się w sprzeczności z poglądami przyjaciół swojej ciotki, sprawiała mu wielką przykrość. Postanowił więc milczeć w obawie, aby nie skończyło się na tym, że on i ksiądz don Inocencio zaczną rzucać w siebie talerzami. Na szczęście sygnaturka katedry wzywając księży do ważnych obowiązków kościelnych wybawiła go z przykrej sytuacji. Wstał więc czcigodny mąż i pożegnał się ze wszystkimi, a w stosunku do Pepego był tak przyjemny i miły, jakby od dawien dawna łączyła ich zażyła przyjaźń. Zapewniał go o swej gotowości do usług, obiecał przedstawić mu swego krewniaka, aby miał towarzysza w zwiedzaniu miasta. Słowa jego były bardzo czułe, a przed wyjściem łaskawie poklepał don Joségo po ramieniu. Pepe Rey przyjął z zadowoleniem te oznaki pojednania, mimo to westchnął z ulgą, gdy kapłan opuścił jadalnię.