Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 39
nie nie kłócą się z charakterami i myślami tutejszych ludzi. Przypuśćmy jednak na chwilę, że tak jest istotnie.
— Przypuśćmy...
— Choćby tak było, jestem głęboko przekonany, że między tobą i mną, między nami, droga Rosario, panować będzie doskonała harmonia. Pod tym względem nie mogę się mylić. Serce mi mówi, że się nie mylę.
Rosarito zaczerwieniła się. Chcąc jednak zmusić rumieniec do ucieczki, uśmiechała się i obracając głowę na wszystkie strony powiedziała:
— Nie wysilaj się na sztuczki. Zresztą masz rację, jeśli tak mówisz, ponieważ ja zawsze przyjmuję za dobrą monetę to, co ty myślisz.
— Rosario! — zawołał młody człowiek — jak tylko cię ujrzałem, moją duszę wypełniła wielka radość... a jednocześnie żałuję, że nie przybyłem wcześniej do Orbajosy.
— W to już nie mogę uwierzyć — powiedziała udając wesołość, aby ukryć swoje wzruszenie. — Tak prędko?... Nie igraj słówkami... Pamiętaj, Pepe, o tym, że jestem prowincjuszką. Umiem mówić jedynie zwykłe rzeczy. Nie znam francuskiego, nie ubieram się elegancko. Tylko trochę umiem grać na pianinie...
— Ach, Rosario! — zawołał gorąco caballero — wątpiłem, czy jesteś doskonała. Teraz już wiem, że nią jesteś.
W tej chwili weszła matka. Rosarito nie wiedząc, co odpowiedzieć na ostatnie słowa kuzyna, odczuła mimo to potrzebę powiedzenia czegoś, toteż patrząc na matkę rzekła:
— Ach, zapomniałam nakarmić papugę.
— Nie kłopocz się o to. Dlaczego tu siedzicie? Wyjdź z kuzynem na spacer do ogrodu.
Seniora uśmiechała się z macierzyńską dobrocią, pokazując bratankowi widoczne za szybami, pokryte gęstym listowiem drzewa.
— Chodźmy tam — powiedział Pepe wstając.
Rosario rzuciła się w stronę oszklonych drzwi, jak ptak wypuszczony na wolność.