Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 40
— Pepe wiele wie, więc też na pewno zna się na drzewach — dodała donia Perfecta. — Nauczy cię, jak się je szczepi. Zobaczymy, co sądzi o przesadzanych teraz przez nas gruszach.
— Chodź, chodź — powiedziała Rosarito już z ogrodu.
Ze zniecierpliwieniem wzywała kuzyna. Zasłoniło ich listowie drzew. Donia Perfecta obserwowała oddalających się, potem zajęła się papugą. Odbijało się jej po obiedzie; w, zamyśleniu powiedziała:
— Miły to on nie jest. Nie pogłaskał nawet biednego ptaszka. Potem myśląc, że szwagier ją słyszy, dodała głośno:
— Cayetano, jak ci się podoba mój bratanek?... Cayetano! Głuchy pomruk był oznaką, że miłośnik antyku odzyskiwał
świadomość przebywania jeszcze na tym nędznym świecie.
— Cayetano...
— Co?... co?... — zamruczał niewyraźnie mędrzec — ten młodzieniaszek będzie pewnie twierdził, jak i wszyscy, że posągi z Mundogrande pochodzą z okresu pierwszej imigracji fenickiej. Przekonam go...
— Ależ Cayetano...
— Ależ Perfecto... Ba, może również teraz będziesz twierdziła, że spałem?
— Gdzież tam, człowiecze, po co miałabym mówić takie głupstwa... Powiedz mi, jednak, jak ci się podoba ten chłopak?
Don Cayetano zasłonił sobie usta ręką, aby móc swobodniej ziewnąć, a potem wdał się w obszerną rozmowę z panią domu. Ci, którzy przekazali nam wiadomości potrzebne dla ułożenia tej historii, pomijają ten dialog, niewątpliwie dlatego, że był on ściśle poufny. Zrozumiałe zaś, że to, o czym owego wieczoru mówili w ogrodzie inżynier i Rosarito, nie zasługuje również na żadną wzmiankę.
Nazajutrz wieczorem wydarzyły się jednak rzeczy, których nie można pominąć milczeniem, tak wielkie jest ich znaczenie. Gdy zmrok zaczął zapadać, młodzi znajdowali się sam na sam w ogrodzie spacerując po różnych jego zakątkach, byli zajęci wyłącznie sobą, niezdolni oderwać oczu od siebie i przestać słuchać tego, co mówiło drugie.