Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 47
dać ci nauczkę. Nie jesteś już dzieckiem i bez trudu zrozumiesz moje myśli.
— Proszę mnie zwymyślać, droga ciociu, gdyż beż wątpienia zasłużyłem sobie na to — odpowiedział Pepe, który zaczynał już przyzwyczajać się do dobroci siostry swego ojca.
— Nie, nie, to, tylko przestroga. Panowie będą mogli stwierdzić, czy mam rację.
Rosario słuchała z zapartym oddechem.
— Chodzi po prostu o to — mówiła seniora — że gdy jeszcze raz będziesz zwiedzał naszą piękną katedrę, powinieneś starać się być w niej nieco bardziej skupiony.
— Cóż takiego uczyniłem?
— Nie dziwię się, że nie widzisz swego błędu — zauważyła seniora na pozór dobrotliwie. — Rozumiem cię, jesteś przyzwyczajony wchodzić bez żadnego skrępowania do ateneów, klubów, akademii i na sale kongresowe, toteż uważasz, że tak samo, można wejść do świątyni, gdzie znajduje się Majestat samego Pana Boga.
— Ależ, ciociu, bardzo przepraszam — powiedział Pepe poważnie — wszedłem do katedry z największym' szacunkiem.
— Ależ, mój drogi, wcale ci nie wymyślam. Nie bierz sobie tak tego do serca, bo będę musiała zamilknąć. Panowie, wybaczcie mojemu bratankowi. Nie należy się dziwić z powodu tak błahego niedopatrzenia, roztargnienia... Od ilu to już lat nie byłeś w kościele?
— Ciociu, przysięgam... Ostatecznie, jakiekolwiek by były moje zapatrywania religijne, mam zwyczaj zachowywać się w kościele przyzwoicie.
— Muszę stwierdzić... jeśli się jednak będziesz obrażał, to nic nie powiem... muszę stwierdzić, że wiele osób zauważyło to dziś rano. Zauważyli to panowie de Gonzales, donia Robustiana, Serafinita, wreszcie... muszę ci powiedzieć, że zwróciłeś na siebie uwagę księdza biskupa... Jego ekscelencja poskarżył mi się dziś wieczorem u moich kuzynek. Oświadczył, że nie kazał cię wyrzucić na ulicę, ponieważ powiedziano mu, że jesteś moim bratankiem.