Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 49
telności twierdząc, że jest ona takim samym specyfikiem aptecznym, jak na przykład pałeczka magnezjum albo też rabarbar, co można kupić w składzie aptecznym...
— Ciociu, na litość boską!... — zawołał Pepe z niesmakiem — widzę, że cieszę się złą reputacją w Orbajosie.
Wszyscy milczeli.
— Mówiłam ci przecież, że nie mam zamiaru wymyślać ci z powodu twoich poglądów... Nie mam zresztą do tego prawa. Jeślibym zaczęła z tobą dyskutować, ty, dzięki swojemu nadzwyczajnemu talentowi, pognębiłbyś mnie tysiąckrotnie... Nie, mowy o tym nie ma. Ograniczę się jedynie do stwierdzenia, że biedni, głupi mieszkańcy Orbajosy są jednak pobożnymi i dobrymi chrześcijanami, chociaż żaden z nich nie zna się na niemieckiej filozofii. Dlatego też nie powinieneś publicznie pogardzać ich wierzeniami.
— Droga ciociu — odpowiedział z powagą inżynier— ani nie pogardzam cudzymi wierzeniami, ani też nie wyznaję poglądów, które mi ciocia przypisuje. Być może nie zachowałem się właściwie w kościele, bywam czasem nieco roztargniony. Skupiłem swoje myśli, swoją uwagę na architekturze i prawdę mówiąc nie zauważyłem... Nie może to jednak być dostatecznym powodem do tego, aby ksiądz biskup miał mnie wyrzucić z katedry albo też aby ciocia mogła mnie uznać za człowieka, który jest zdolny przypisać specyfikowi ze składu aptecznego funkcję duszy. Mogę uważać to za żart, nic więcej.
Pepe Rey czuł w sobie tak gwałtowne podniecenie, że mimo wielkiej roztropności i opanowania nie mógł tego ukryć.
— Widzę, że się gniewasz — powiedziała donia Perfecta spuszczając wzrok i krzyżując ręce. — Niech się dzieje wola boska! Jeślibym wiedziała, że tak to przyjmiesz, nic bym nie powiedziała. Proszę cię, Pepe, przebacz mi.
Słysząc te słowa i widząc pokorną postawę swej dobrotliwej ciotki, Pepe zawstydził się, że jego ostatnie słowa były zbyt ostre, i starał się opanować wzburzenie. Z kłopotliwej sytuacji wydobył go godny najwyższego szacunku spowiednik, który uśmiechając się z właściwą sobie życzliwością powiedział: