Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 56
— Wobec tego otrzyma pan to wezwanie jutro... Bardzo mi przykro, że pośpiech pana Licurga pozbawił mnie przyjemności i zaszczytu bronienia pana, ale skoro już tak musi być... Lieurgo uparł się, że to właśnie ja muszę wydobyć go z tych tarapatów. Zbadam całą sprawę bardzo sumiennie. Te podłe obowiązki służbowe są najprzykrzejszą rzeczą, jaką można sobie wyobrazić w sądownictwie.
Gdy Pepe wszedł do jadalni, czuł się bardzo podle. Zauważył, że donia Perfecta rozmawia ze spowiednikiem, a samotna Rosarito utkwiła oczy we drzwiach. Czekała widocznie na kuzyna.
— Chodźże no tu, ty mądralo — powiedziała seniora uśmiechając się jakoś niepewnie. — Obraziłeś nas, ty ateuszu,- ale przebaczamy ci. Wiem o tym dobrze, że i ja, i moja córka jesteśmy nieokrzesanymi prostaczkami, niezdolnymi wznieść się do wyższych sfer matematyki, w których ty żyjesz. Ale ostatecznie... jest przecież możliwe, że pewnego dnia klękniesz przed nami, prosząc, abyśmy nauczyły cię zasad wiary.
Pepe odpowiedział ogólnikowymi frazesami i grzecznościowymi formułkami, wyrażającymi jego skruchę.
— A ja ze swej strony — rzekł don Inocencio nadając swojemu wzrokowi wyraz skromności i słodyczy — jeśli w toku tych bezsensownych dysput powiedziałem coś, co może dotknęło don Joségo, proszę o przebaczenie. Jesteśmy przecież przyjaciółmi.
— Dziękuję. Nic się nie stało.
— Mimo wszystko — zauważyła donia Perfecta uśmiechając się już bardziej naturalnie — mój stosunek do bratanka nie ulegnie zmianie, mimo jego dziwacznych i antyreligijnych poglądów... Jak myślisz — co zrobię dziś wieczorem? Wybiję z głowy wujkowi Licurgowi upór, z jakim nastaje na ciebie. Kazałam mu przyjść, czeka na mnie na tarasie. Nie martw się, już ja to załatwię. Chociaż wiem, że nie brak mu słuszności...
— Dzięki, droga ciociu — odpowiedział młody człowiek czując, że ogarnia go głęboka wdzięczność, na którą u niego nigdy nie trzeba było długo czekać.