Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 60
— Zawsze obładowany tymi książkami... Chłopcze, gdy wchodzisz do domu, podobny jesteś czasem do osła. Dobrze, poczekamy.
— Senior don Jacinto — powiedział Pepe Rey — nie pisze tego, co mu ślina na język przyniesie, ale przygotowuje się starannie, aby jego dzieła stały się skarbcem erudycji.
— Przecież ten dzieciak gotów zachorować na głowę, don Inocencio — zauważyła donia Perfecta. — Na litość boską, niech ksiądz na niego bardziej uważa. Ja tam ograniczałabym go w tym jego czytaniu.
— Skoro już czekamy, pożyczę chyba jeszcze trzeci tom Rad — zauważył doktorek charakterystycznym dla niego zarozumiałym tonem— Co o tym sądzisz, wuju?...
— Ależ dobrze, chłopcze. Nie wypuszczaj go z ręki. Tego by tylko jeszcze brakowało!
Na szczęście nadszedł wkrótce don Cayetano (który zasadniczo spędzał wieczory w domu don Lorenza Ruiż). Otrzymawszy książki poszli sobie obaj, wuj i kuzyn.
Pepe Rey wyczytał ze smutnej twarzy kuzynki gorące pragnienie porozmawiania z nim. Podszedł do niej w chwili, gdy donia Perfecta i don Cayetano omawiali na uboczu jakąś domową sprawę.
— Obraziłeś mamę — powiedziała Rosario. Na jej twarzy malowało się przerażenie.
— Tak — odpowiedział młody człowiek. — Obraziłem twoją mamę, obraziłem ciebie...
— Nie, mnie nie. Mnie się też zdawało, że Dzieciątko Jezus nie powinno mieć spodni.
— Mam jednak nadzieję, że przebaczycie mi. Twoja mama okazała mi przed chwilą tyle dobroci...
Nagle w jadalni rozległ się głos donii Perfecty, a ton jego był tak niemiły, że bratanek wstrząsnął się, jakby usłyszał sygnał alarmowy. Był to rozkaz:
— Rosario, idź spać!