Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 63
i jeśli tylko może się wygrzać na ciepłym słonku. Zasadniczą cechą uczęszczających do kasyna mieszkańców Orbajosy było uczucie czujnej wrogości wobec wszystkiego, co przybywało z zewnątrz. Za każdym razem, gdy jakiś obcy, lepiej wyglądający człowiek pojawiał się we wspaniałych salach kasyna, dochodzili do wniosku, że przybył tu po to, aby powątpiewać o wyższości ojczyzny czosnku albo też, aby z zazdrości postawić pod znakiem zapytania bezsporne, przyznane jej przez naturę przywileje.
Gdy zjawił się tam Pepe Rey, przyjęto go z wyraźnym uprzedzeniem. A. że w kasynie roiło się od ludzi dowcipnych, już w piętnaście minut po przybyciu nowego gościa opowiadano sobie o nim wiele dowcipów. Ponieważ na powtarzające się w kółko pytania odpowiadał, że przybył do Orbajosy z poleceniem zbadania zagłębia węglowego nad rzeką Nahara oraz określenia możliwości dojazdu, wszyscy zgodzili się co do tego, że don José jest pyszałkiem chcącym uchodzić za ważnego, dzięki wymyślaniu złóż węglowych i linii kolejowych. Ktoś zauważył:
— Ale trafił jak kulą w płot! Ci przemądrzali panowie myślą, że jesteśmy półgłówkami i że można nas zbyć byle czym... Przyjechał z zamiarem ożenienia się z córką donii Perfecty, a mówi o zagłębiu węglowym, żeby nam tylko oczy zamydlić.
— Dziś rano — zauważył zbankrutowany handlarz — powiedziano mi u Dominguezów, że pan ten nie ma ani pesety, że przybył na utrzymanie do ciotki i bada grunt, czy uda mu się złowić Rosarito.
— Podobno nie jest on wcale inżynierem czy też w ogóle kimś ważnym — dorzucił właściciel gajów oliwkowych, które były obciążone hipotecznie na sumę dwukrotnie przewyższającą ich wartość. — Tego nie da się ukryć... Te głodomory z Madrytu znajdują przyjemność w oszukiwaniu biednych prowincjuszy, a ponieważ uważają, że my tutaj chodzimy w przepaskach niczym dzikusy, moi państwo...
— Od razu widać, że jest wygłodniały.
— Pół żartem, pół serio powiedział nam wczoraj wieczorem, że jesteśmy barbarzyńskimi leniami.