Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 64
— Że żyjemy jak Beduini, wygrzewając się na słońcu.
— Że żyjemy wyobraźnią.
— Tak jest, że żyjemy wyobraźnią.
— I że nasze miasto jest zupełnie podobne do miast marokańskich.
— Mój panie, brak już cierpliwości na wysłuchiwanie tego wszystkiego. Gdzie on to widział (chyba tylko w Paryżu) taką ulicę jak nasza ulica del Adelantado, która posiada siedem domów, stojących jeden przy drugim. A wszystkie takie piękne, począwszy od domu donii Perfecty, a skończywszy na domu Nicolasita Hernandeza?... Te dranie myślą sobie, że oprócz nich nikt niczego nie widział, że nikt" nie był w Paryżu...
— Powiedział też, naturalnie bardzo oględnie, że Orbajosa jest miastem żebraków, i dał do zrozumienia, że żyjemy w skrajnej nędzy, nie zdając sobie nawet z tego sprawy.
— Na Boga! Jeśliby to mnie powiedział, nie obeszłoby, się bez skandalu w kasynie! — zawołał poborca podatkowy. — Dlaczego nikt nie zwrócił mu uwagi na to, ile oliwy wyprodukowała Orbajosa w ubiegłym roku? Półgłówek ten zapewne nie wie, że w latach urodzaju Orbajosa dostarcza chleba całej Hiszpanii, ba — nawet całej Europie. To prawda, że żniwa już od nie wiem ilu lat są złe, ale nie jest tak przecież zawsze. Dalej — zbiory czosnku. Dlaczego ten pan nie wie, że czosnek z Orbajosy uczynił zezowatymi członków jury na Wystawie Londyńskiej?
Te i tym podobne dialogi można było usłyszeć w owe dni w salach kasyna. Mimo tych plotek, tak typowych dla małych miejscowości, które będąc karłowatymi są zazwyczaj dumne, Rey znalazł jednak w tym uczonym gronie szczerych przyjaciół. Nie wszyscy tam przychodzący byli plotkarzami, nie brakowało wśród nich zdrowo myślących osób. Inżynier jednak miał pecha, jeśli można to nazwać pechem, że dzielił się swoimi wrażeniami z niezwykłą szczerością, co ściągnęło na niego ogólną niechęć.
Mijały dni. Oprócz zrozumiałego niezadowolenia, jakie wywoływały u don Joségo zwyczaje społeczeństwa zamieszkującego