Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 65
to miasto biskupie, rozmaite powody — a każdy z nich był przykry — budziły w jego duszy głęboki smutek. Spośród tych powodów na pierwsze miejsce wysunął się tłum pieniaczy, który opadł go natrętnym rojem. Nie był to tylko wujek Licurgo, ale również liczni sąsiedzi, mający do niego pretensje z powodu poniesionych szkód i strat albo też domagający się rozrachunków z ziemi, którą zarządzał jeszcze jego dziadek. Przedstawiano mu również roszczenia z tytułu jakiejś tam umowy o zawarcie spółki, którą podpisała jego matka i która — jak się zdaje — nie została zrealizowana. Zażądano od niego ponadto uznania hipoteki na majątek w Alamillos założonej przez jego wuja na podstawie dość dziwnego dokumentu. Jednym słowem, obrzydliwe mrowisko różnych rozpraw sądowych. Chętnie zrezygnowałby z praw własności do swoich folwarczków, ale z drugiej strony honor zmuszał go do nieustępowania wobec krętactw chytrych chłopów. Gdy wezwano go do Zarządu Miejskiego, ponieważ powstało przypuszczenie, że zamieniono jego własność ze znajdującym się w bezpośrednim sąsiedztwie majątkiem Monte de Propios, nieszczęsny młody człowiek widział się zmuszony rozproszyć wątpliwości, które z racji jego prawa własności mnożyły się na każdym kroku. W grę wchodził w tym wypadku jego honor i nie miał innego wyjścia, jak tylko procesować się lub umrzeć. Donia Perfecta obiecała wspaniałomyślnie, że pomoże mu w wydostaniu się z tak przykrych tarapatów drogą przyjacielskiego porozumienia. Mijały jednak dnie i zacne starania przykładnej pani nie odnosiły żadnego skutku. Procesy rosły z zastraszającą szybkością jak gwałtowna choroba. Młody człowiek spędzał w sądzie długie godziny na składaniu oświadczeń, odpowiadaniu na pytania i zbijaniu zarzutów, a gdy zmęczony i zły wracał do domu, zjawiała się przed nim groteskowa a zarazem układna maska pisarza, który przynosił mu zwykłą porcyjkę papieru zaklejonego znaczkami stemplowymi i wypełnionego straszliwymi formułkami... aby znowu przestudiował jakąś sprawę.