Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 7
— Cóż to za niezrównana szkoła! — zawołał śmiejąc się don José — założę się, że nie był on jedynym... filozofem.
— Słusznie powiedział ktoś, że każdy garbuje, jak umie, a jeśli w gołębniku nie brak jedzenia, nie zbraknie w nim również gołębi... Pan jednak, don José, wie o tym, że oko pańskie konia tuczy. A ponieważ pan już tu jest, może pan odzyskać swoją ziemię.
— To chyba nie przyjdzie tak łatwo, senior Licurgo — odpowiedział don José,. gdy wjechali na dróżkę. Po obu jej brzegach piękna, bujna pszenica cieszyła oczy swoją wczesną dojrzałością. — To pole było, zdaje się, dobrze uprawiane. Widzę, że w Alamillos nie wszystko jest smutne i nędzne.
Chłop zrobił minę wyrażającą zakłopotanie i siląc się Ha pogardę wobec chwalonych przez podróżnego pól, powiedział bardzo pokorniutkim tonem:
— To moje pole, proszę pana.
— Przepraszam — odparł żywo don José — już chciałem ciąć swoim sierpem w cudzych włościach. Jak z tego widać, filozofia jest tu zaraźliwa.
Wkrótce wjechali w jar będący łożyskiem nędznego, sączącego się wśród kamieni potoku. Za jarem znaleźli się na kamienistym polu, na którym nie było najmniejszego śladu roślinności.
— Kiepska tu ziemia — powiedział don José odwracając się do swego towarzysza i przewodnika, który pozostał nieco w tyle. — Trudno tu chyba właścicielowi zebrać jakiś plon. Nic, tylko piasek i spalona słońcem glina.
Licurgo znów odpowiedział pokornie:
— To... pańska ziemia.
— Widzę, że tu wszystko, co złe, to moje — stwierdził don José uśmiechając się pobłażliwie.
Tak rozmawiając, znowu wjechali na gościniec. Światło dnia, radośnie wydostając się przez wszystkie okna i szczeliny hiszpańskiego horyzontu, zalewało pola wspaniałą jasnością. Zdawało się, że niezmierzone, bezchmurne niebo rozszerza się coraz bardziej, oddala od ziemi, aby widzieć i podziwiać ją z jeszcze większej wysokości. Pustynny prawie teren, na którym nie rosły drzewa, miejscami płowy, miejscami barwy kredowej, poprzetykany żółtymi