Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 70
pragniesz udać się tam, aby wykryć źródło tych nieprzyjemności i domagać się wyjaśnień od rządu, nie odkładaj tego ze względu na nas.
Pepe Rey utkwił wzrok w twarzy ciotki, jakby chciał przeniknąć jej myśli na wylot.
— Tak jest, jeśli chcesz wyjechać, nie odkładaj tej decyzji — powtórzyła seniora z godnym podziwu spokojem, a na twarzy jej naturalność łączyła się z wyrazem niezmąconej szlachetności.
— Nie, seniora, nie myślę o odjeździe.
— Tym lepiej. Jestem tego samego zdania. Tu będziesz miał więcej spokoju, chociaż za bardzo bierzesz sobie do serca te swoje fałszywe przypuszczenia. Żal mi ciebie, Pepe. Powodem twojego nieszczęścia jest twój rozum, twój niezwykły rozum. My, ludzie z Orbajosy, biedni chłopi, żyjemy szczęśliwi w swej nieświadomości. Bardzo mi przykro, że nie jesteś zadowolony. Ale czy to moja wina, że przejmujesz się i rozpaczasz bez powodu? Czyż nie traktuję cię jak syna? Czy nie przyjęłam cię jako nadzieję swojego domu? Czyż mogę uczynić coś więcej dla ciebie? Jeśli mimo to nie kochasz nas, jeśli okazujesz nam wstręt, jeśli wyśmiewasz się z naszej religijności, jeśli pogardzasz naszymi przyjaciółmi — to czy dlatego, że nie traktujemy cię dobrze?
Oczy donii Perfecty zwilgotniały.
— Droga ciociu — powiedział Rey czując, że rozgoryczenie jego znika. — Ja także, od chwili gdy jestem gościem w tym domu, popełniłem wiele błędów.
— Nie bądź głupi... O jakich tam błędach mówisz. W rodzinie wszystko się wybacza.
— Gdzie jednak jest Rosario? — zapytał wstając młody człowiek — Czyż nie zobaczę jej również dziś?
— Czuje się już lepiej. Ale mimo to nie chciała zejść.
— To ja pójdę do niej.
— Ależ chłopcze. Ta dziewczyna miewa czasem dziwaczne kaprysy... Dziś na przykład uparła się, że nie wyjdzie z pokoju. Zamknęła się od wewnątrz.
— Bardzo dziwne.