Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 72
ROZDZIAŁ XII
TU BYŁA TROJA
 
Miłość, przyjaźń, zdrowa atmosfera moralna, światło dla duszy, sympatia, łatwa wymiana myśli i wrażeń — oto, czego ogromnie potrzebował Pepe Rey. Ponieważ nie posiadał tego, coraz większy mrok osnuwał jego umysł, a wewnętrzna pochmurność wyciskała piętno niezadowolenia i goryczy na jego postępkach. Nazajutrz po opisanej w poprzednim rozdziale scenie trapiło go zwłaszcza przedłużające się, tajemnicze zamknięcie jego kuzynki, upozorowane początkowo niegroźną chorobą, potem zaś kaprysami i nerwowością, które trudno było sobie wytłumaczyć.
Don Joségo dziwiło to postępowanie tak sprzeczne z opinią, jaką wyrobił sobie o Rosario. Nie widział jej już od czterech dni, na pewno nie dlatego, że nie chciał znaleźć się u jej boku. Sytuacja stawała się nieprzyjemna i śmieszna, trzeba było zdecydowanej interwencji.
— Czy dziś również nie zobaczę Rosario? — zapytał ciotkę niezbyt uprzejmie, gdy skończyli jeść obiad.
— Dziś również jej nie zobaczysz. Pan Bóg jedynie wie, jak bardzo z tego powodu cierpię... Małoż to morałów jej prawię! Ano zobaczymy, może wieczorem.
Pod wpływem przypuszczenia, że ukochana jego kuzynka jest raczej bezbronną ofiarą niż zdecydowaną i działającą z premedytacją „autorką" tak nieuzasadnionego zamknięcia, postanowił pohamować się i czekać.
Gdyby nie to przypuszczenie, odjechałby tego samego dnia. Nie wątpił w to, że Rosario go kocha. Było dla niego jasne, że nieznana siła stara się ich rozdzielić. Uważał, że sprawą jego męskiego honoru jest stwierdzić, kto wywiera tę złośliwą presję, potem zaś stawić opór, na jaki tylko mógł się zdobyć.
— Mam nadzieję, że upór Rosario nie będzie trwał zbyt długo — powiedziała donia Perfecta ukrywając swe prawdziwe uczucia.
Owego dnia nadszedł list od ojca, w którym ten ostatni skarżył się, że nie otrzymał żadnej wieści z Orbajosy. Okoliczność ta zwiększyła niepokój inżyniera i jeszcze bardziej go przygnębiła. Długą chwilę spacerował bez celu po ogrodzie. W końcu poszedł do kasyna. Wszedł tam, jak zrozpaczony, który rzuca się do morza.
W głównych salach zastał wiele osób, które plotkowały i prowadziły dyskusje. W jednej z grup, subtelnie rozumując, analizowano trudne problemy walki byków, w innej rozprawiano na temat, do jakich rodów Orbajosy i Villahorrendy należą najlepsze osły. Mając już tego wszystkiego dosyć Pepe Rey porzucił te debaty i skierował się do czytelni, gdzie przejrzał wiele pism, lecz i w lekturze nie znalazł zadowolenia. Wkrótce potem przechodząc z sali do sali zatrzymał się, nie zdając sobie z tego sprawy, jak to się mogło stać, w sali gry. Blisko dwie godziny znajdował się. w szponach straszliwego, żółtego demona, którego błyszczące oczy ze złota niepokoją i fascynują. Ale nawet emocje gry nie zmieniły ponurego nastroju inżyniera i nuda, która początkowo popchnęła go w stronę zielonego stolika, oddaliła go potem od niego. Ucie-