Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 75
— Biedne dziewczęta. Przypuszczam, że nie są wzorem cnoty...
— Nic podobnego... Nie wierzę w to, co mówią o nich na mieście.
Żaluzja znowu się poruszyła.
— Dobry wieczór, moje małe! — zawołał don Tafetan zwracając się do trzech dziewcząt, które pojawiając się w oknie utworzyły malowniczą grupę. — Ten pan mówi, że dobrych rzeczy nie należy ukrywać i że powinny panie podnieść żaluzję całkowicie.
Ale żaluzja zamknęła się i wesoły koncert śmiechu rozsypał dziwną wesołość po smutnej ulicy. Można by pomyśleć, że to przeleciała gromada ptaków.
— Jeśli pan chce, możemy wstąpić do nich — powiedział nagle Tafetan.
Oczy mu błyszczały, a na sinych wargach pojawił się łobuzerski uśmiech.
— Ale co to za kobiety?
— Chodźmy, senior de Rey... To uczciwe dziewczęta. Ba. Przecież żyją powietrzem jak kameleony. Niech pan sam powie, czy może grzeszyć ktoś, kto nie je? Biedaczki są dostatecznie cnotliwe. A jeśli nawet zgrzeszą, to oczyszczą swoje sumienie wielkim postem, jaki praktykują.
— Chodźmy więc.
W chwilę potem don Juan Tafetan i Pepe Rey byli już w mieszkaniu dziewcząt. Młodego człowieka zasmucił widok nędzy, która czyniła straszliwe wysiłki, aby na nią nie wyglądać. Dziewczęta były bardzo ładne, zwłaszcza dwie młodsze, śniade, blade, z czarnymi oczami i smukłe w talii. Gdyby je ładnie ubrać, byłyby podobne do córek jakiejś księżnej, gotowych wejść w związki z książętami krwi.
Na widok przybyszów wszystkie trzy okazały wielkie zdziwienie, wkrótce jednak do głosu doszło wrodzone im, lekkie i wesołe usposobienie. Żyły w nędzy jak ptaki w klatce, śpiewając za kratami tak samo jak i w gąszczu leśnym. Cały dzień szyły, co świadczyło o ich uczciwości, ale w Orbajosie nikt należący do ich warstwy, społecznej nie utrzymywał z nimi stosunków towarzyskich.