Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 78
— Co?.
— Ulicą idzie Wzdychaczka. Najmłodsza pobiegła na balkon.
— Rzuć jej na głowę skórkę z pomarańczy.
Pepe Rey wychylił się również. Zobaczył, że ulicą szła jakaś pani. Najmłodsza z Troyanek rzuciła skórkę z taką precyzją, że wylądowała ona na koku przechodzącej. Potem pośpiesznie zamknęły żaluzję, z trudem powstrzymując konwulsyjny śmiech, aby ich nie usłyszano z ulicy.
— Koniec roboty na dzisiaj — zawołała jedna z nich, przewracając nogą krawiecki koszyk.
— To tak samo jakbyś powiedziała: Jutro nie będziemy jadły — odparła najstarsza zbierając przybory do szycia.
Pepe Rey instynktownie włożył rękę do kieszeni. Chętnie dałby im jałmużnę. Bardzo go zasmucał widok tych nieszczęśliwych sierot, potępionych przez świat z powodu ich swawolności. Jeśli jedynym grzechem, jedynym urozmaiceniem życia Troyanek mającym dać im rekompensatę za samotność, ubóstwo i opuszczenie było obrzucanie przechodniów skórkami pomarańczy, można im to było wybaczyć. Być może surowe obyczaje mieściny, w której żyły, ustrzegły je przed zejściem na złą drogę, ale mimo to nieszczęśliwe dziewczęta pozbawione były tej obyczajności i skromności, która jest pospolitym, najbardziej widocznym przejawem wstydu. Toteż nie bez podstaw można było przypuszczać, że wyrzucały przez okno coś więcej niż skórki. Pepe Rey czuł dla nich głębokie współczucie. Obserwował ich sukienki, nędzne, wielokrotnie łatane, cerowane i naprawiane, aby wyglądały jak nowe. Zwrócił uwagę na ich zniszczone buty... i jeszcze raz sięgnął ręką do kieszeni.
— Panują tu być może złe obyczaje — powiedział do siebie — ale wygląd tych dziewcząt, meble, wszystko wskazuje na to, że są to nieszczęśliwe resztki uczciwej rodziny. Jeśli byłyby te biedaczki tak złe, jak o nich mówią, nie żyłyby tak ubogo i nie pracowałyby. W Orbajosie są przecież bogaci mężczyźni.
Dziewczęta stopniowo nabierały śmiałości w stosunku do don Joségo. Podchodziły do niego, to znów zbliżały się do balkonu,