Donia Perfecta cz. 1 (Perez Galdós Benito)
Strona 8
lub czarniawymi, to szarymi lub zielonkawymi trójkątami i czworokątami, przypominał niejako kapotę obszarpańca wygrzewającego się na słońcu. Na tej nędznej kapocie islam i chrześcijaństwo toczyły niegdyś godne epopei boje. Sławne pola — bezsprzecznie. Lecz prowadzone niegdyś walki uczyniły je straszliwymi.
— Zdaje mi się, senior Licurgo, że słońce dobrze nas dziś przygrzeje — powiedział don José i rozpiął nieco płaszcz. — Cóż to za smutna droga! Gdzie tylko sięgniesz wzrokiem, nie ujrzysz ani jednego drzewa. Tu wszystko jest na opak. Wszystko zaprawione ironią. Dlaczego okolica ta nazywa się Alamillos, jeśli nie ma tu ani wielkich, ani też małych topól?
Licurgo nie odpowiedział, gdyż z wielkim natężeniem łowił dalekie odgłosy, jakie niespodziewanie dały się słyszeć. Niecierpliwym ruchem zatrzymał konia, badając zasępionym wzrokiem drogę i dalekie pagórki.
— Co się stało? — zapytał podróżny i też zatrzymał konia.
— Ma pan przy sobie broń, don José?
— Rewolwer... Ach, rozumiem... Bandyci?
— Może... — odpowiedział Licurgo z zakłopotaniem — Ktoś, zdaje się, strzelił.
— Zaraz zobaczymy... Naprzód! — powiedział caballero, spinając klacz ostrogą. — Na pewno nie tacy znów straszni...
— Trochę spokojniej, senior don José! — zawołał chłop, powstrzymując go — ci ludzie są gorsi od diabłów. Niedawno temu zamordowali dwóch panów, którzy jechali do stacji kolejowej... Tu nie ma żartów. Gasparón el Fuerte, Pepito Chispillas, Merengue i Ahorca-Suegras nie zobaczą mojej twarzy, póki żyję. Pojedźmy lepiej polną dróżką.
— Naprzód, senior Licurgo!
— Zawracajmy, senior don José — odpowiedział chłop zbolałym głosem. — Nie wie pan jeszcze, co to za ludzie. W ubiegłym miesiącu skradli z kościoła karmelitów monstrancję, koronę Matki